...TAM I Z POWROTEM czyli nasze zycie między Anglią, Polską i resztą świata.
Kategorie: Wszystkie | Felieton | Fotografia | Muzyka | Nasze życie | Wyprawy
RSS
piątek, 20 listopada 2009

      Czyli pare bieżących informacji z życia wziętych. Poza tym, że nic ciekawego się nie dzieje, to nic ciekawego się nie dzieje. Czyli trochę się dzieje :)

     Zacznę od informacji oraz zaproszenia wszystkich tutejszych naszych czytelników na imprezę andrzejkową, którą mam przyjemność po raz kolejny organizować dla Polaków w Anglii. Szczegóły na plakacie poniżej, a ja nic więcej nie powiem - kto był na wcześniejszych ten wie co go czeka, a kto nie był to serdecznie zapaszam :)

      Za nami dość pracowity tydzień, zwłaszcza u Iwonki, a przed nami jeszcze bardziej pracowitszy. Póki co złożyliśmy aplikację na nowe mieszkanie - jeszcze nie kupno, na razie pozostajemy przy wynajmie z różnych względów o których jeszcze kiedyś  napiszę. Póki co chcemy się przenieść do nieco większego mieszkanka i mamy nadzieję, że uda się to zrobić jeszcze w tym roku. Iwonka, jako że jest pracownikiem na państwowej posadzie, może  ubiegać się o kupno lub wynajem całkiem niezłego mieszkanka i po nie co tańszej cenie niż rynkowa. I właśnie z tej opcji wynajmu chcemy teraz skorzystać. W tym momencie sprawdzany jest nasz status, wiarygodność itp. Trochę się tego obawiamy, bo system może mieć kaprys aby odrzucić naszą aplikację. Ale nie ma co krakać - jesteśmy dobrej myśli. A jeśli się nie uda,  to będziemy szukać innej drogi.

      Tyle odnośnie mieszkania. Rozglądamy się też za jakimś fajnym autkiem i ten weekend poświęcimy na jeżdżenie i oglądanie paru "skarbonek". Mamy na oku kilka fordów, nissanów i toyotek. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

     I to w zasadzie tyle na dziś. Póki co czeka nas jeszcze sporo papierkowej roboty, porządkowanie, skanowanie i wysyłanie różnych  dokumentów, parę spraw do załatwienia w banku, kłótnia z miejscową skarbówką odnośnie pieniędzy które już dawno dostali, a o które ciągle się upominają, oraz wiele innych zwykłych codziennych spraw i planów wymagających załatwienia. Dobry Bóg niech czuwa abyśmy się w tym wszystkim nie pogubili i nie zatracili wiary w to, że "wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem". A poza tym - jeśli On będzie na pierwszym miejscu, to wszystko inne tym bardziej też.

Pozdrawiam weekendowo :)

01:57, kania19791984 , Nasze życie
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
  

Co pewien czas staram się napisać co nie co o muzyce. Starzy znajomi, oraz Ci co nas tu czasem odwiedzają wiedzą, że jest ona nieodłączną częścią naszego życia i zarazem wielką pasją. Przy muzyce codziennie budzimy się, i co bardzo ważne, nie rozpoczynamy dnia w pośpiechu. Zawsze jest czas aby usiąść chociaż na kilka minut przed wyjściem z domu i porozmawiać przy kawce. W soboty i niedziele te nasze kawowo muzyczne rozmowy trwają  na szczęście o wiele dłużej.

     Od pewnego czasu udaje nam się też posłuchać na żywo tych "budzików" w naszym ulubionym i bardzo klimatycznym jazz clubie na Soho. Tak było i tym razem.

    Peter White przyjechał do Londynu na kilka koncertów. Jego muzykę pierwszy raz usłyszeliśmy jeszcze w Polsce, i tak nam przypadła do gustu, że towarzyszy nam do dzisiaj. Jest to bardzo optymistyczny i ciepły smooth jazz.  Pierwsze podejscie na jego koncert  nie wyszło nam, tym razem było inaczej. W minioną sobotę mieliśmy przyjemność posłuchać go na żywo pierwszy raz.

     Już samo miejsce, w którym grał - Pizza Express Jazz Club -zasługuje na szacunek. Klubowy klimat, i pełna kultura - żadnych rozmów w trakcie muzyki. Ona jest tam królową, a my wiernymi poddanymi spijającymi każdą jej kroplę.  Jakże daleko naszemu polskiemu jazz clubowi do tego miejsca...

     Peter White zagrał na najwyższym poziomie, dokładnie tak sobie wyobrażaliśmy ten muzyczny spektakl za każdym razem gdy słuchaliśmy go na jednej jedynej płycie - perfect moment - którą mieliśmy w swoim dorobku.  Razem z Peterem  na saxofonie grał rewelacyjny Jaared, a na fortepianie Gregg Karukas oraz gościnnie w kilku utworach Jessy J. również na saksie.

  

     Cóz można więcej powiedzieć, poza tym,  że po koncercie byliśmy wyżsi duchowo co najmiej o kilkadziesiąt metrów. Wspaniały czas, w niesamowitym miejscu do którego mamy nadzieję niebawem wrócić gdy przyjedzie Acoustic Alchemy. Jest jeszcze jedna rzecz, która podsumowuje cały występ. To czas, jaki można spędzić z muzykami po koncercie, zakupić płytę i przez parę chwil zamienić z nimi kilka słów. Uwielbiamy zwłaszcza jeden moment - kiedy pytają się nas  skad jesteśmy. Wtedy z dumą odpowiadamy:

- from Poland

-from Poland? Woooow :) 

     Podczas krótkiej rozmowy z Jaaredem wspomniał on swój występ w Polsce  w 2005 roku w sali kongresowej (nazwę wymienił bezbłędnie po polsku), Gregg Karukas powiedział, że jest wielkim fanem Urszuli Dudziak i zawsze miał marzenie aby porozmawiać z nią i zagrać choć jeden koncert, co zresztą się spełniło, natomiast Peter White... no właśnie :)

      Z racji tej, że był najbardziej obleganym muzykiem, ograniczyliśmy się tylko do krótkiego podziękowania za jego muzykę, i wspomnieliśmy nieśmiało, że wybudza nas ona niemal codziennie z porannego snu. Wtedy wstał, popatrzył prosto w oczy i powiedział jedno zdanie

- Dziękuję wam.

- Nie, to my dziękujemy :)

I serdecznie nas uściskał, po czym na do widzenia podarował mi swoją kostkę do gitary - niby nic, ale od soboty zdobi mój mały zeszyt z różnymi takimi muzycznymi pamiątkami. A co  - trzeba mieć jakieś hobby :) 

     Właśnie takie krótkie, ale bardzo miłe i osobiste chwile pozwalają nam wierzyć, że nie wszyscy artyści to prostytutki, jak śpiewa czasem Kazik.

    Wielka radość z grania, która udzieliła się również i nam, ciągle jeszcze trwa. To naprawdę bardzo budujące widzieć ludzi z pasją, którzy śmieją się do innych ot tak, po prostu, bo lubią ludzi, bo lubią grać, ponieważ mają w sobie pasję i szczere pragnienia.

     Dlatego właśnie muzyka jest naszą wspólną małżeńską pasją, którą chcemy pielęgnować i rozwijać gdyż dzięki niej sami mamy w sobie więcej optymizmu i radości w dniu codziennym - tego nigdy z wiele. Czego zresztą życzymy Wam wszystkim :)

 

A tutaj można posłuchać jak to brzmi na żywo w tym naszym jazzowym clubie. Co prawda to nie jest nasz ulubiony kawałek, ale tylko taki znalazłem w sieci, chociaż w sumie... nie jest taki zły :)

20:36, kania19791984 , Muzyka
Link Komentarze (19) »
czwartek, 05 listopada 2009

     Od dnia kiedy przyjechaliśmy do Anglii, czyli od 4 lat, ani razu nie byliśmy w Polsce na Wszystkich Świętych. Nie muszę pisać o tym, jak nam tego brakuje. Tym razem jak co roku wybraliśmy się na pobliski cmentarz,  odnalezliśmy wiele polskich grobów. No, ale to nie to samo co w Polsce...

      Przy okazji tego święta, niemal równocześnie pojawia się temat halloween, czyli hulaj duszo piekła nie ma, lub jak kto woli - byle do piekła. Nie mam pretensji do tubylców,  w takiej kulturze wyrośli, tak się nauczyli i nie uważam, że trzeba ich jakoś specjalnie nawracać - są w końcu u siebie. Dziwi mnie jednak fakt, że w tym czasie organizuje się całą masę polskich imprez. Ludzie  tłumaczą się tym, że jesteśmy zdala od grobów naszych bliskich, i musimy jakoś odreagować, a  ja myślę, że tu chodzi o coś innego. O bycie kimś nowoczesnym. Patrzcie wszyscy jacy jesteśmy europejscy. Zostawmy babciom paciorki i groby, niech se mają swoje święta, my idziemy do przodu. 

     No i tak popędzili, że to ja mam się czuć osaczony, jako ten staroświecki, niemodny i niepasujący do elyty. Tylko dlatego, że mało jest dni w ciągu roku kiedy naprawdę mogę się zatrzymać, pomyśleć, poukładać porozrzucane szafki życia. Po co się zatrzymywać, skoro można rozwijać taaakie prędkości. Ano właśnie.

    Od pewnego czasu obserwuję w tv, internecie, gazetach i innych mediach bardzo ciekawe zjawisko związane z kościołem. Wszyscy trąbią, że kościół polski przeżywa kryzys, a największym trębaczem w tej orkiestrze jest pierwszy świecki pleban telewizyjny Szymon Hołownia.  Kiedyś go lubiłem, ciekawe, nowoczesne spojrzenie na bycie chrześcijaninem, niebanalne intelektualne zdania i... im częściej go słuchałem, tym głupszy był mój rozum. Dziś zadaję sobie pytanie, czy musimy być skazani na jednego kościelnego błazna, który jako ekspert czuje się w obowiązku pouczać wszystkich wokoło i straszyć sloganami o religijnym kryzysie? Hasła typu materializm, liberalizm, komercha, kasa księży, pedofilia, porzucone sutanny, rozbestwiona młodzież na raligiach, brak wartości, atysemityzm itd. jakoś nie robią już na mnie wrażenia. Nie dlatego, że zamiatam problemy pod dywan, ale dlatego, że to wszystko było wałkowane juz tysiąc razy. Redaktor Hołownia nic nowego nie wymyślił, szkoda tylko, że wypowiada się w sposób, jakby dopiero co odkrył amerykę i chciał się tym pochwalić.

     Nie udaję, że problemu nie ma, że wszystko jest ok. Dlaczego jednak uważam za idiotyczną dyskusję nt. kryzysu w kościele? Bo kryzys był, jest i będzie. Kościół to przede wszystkim ludzie, i dopóki ja jako członek tej wspólnoty będę miał swoje mniejsze i większe problemy, dopóty kościół będzie w kryzysie. Czyli zawsze. Problemy te jednak nie są celem samym w sobie, a tak to jest niestety przedstawiane w mediach. Kościół ma poważny kłopot z czymś tam i cała masa mądrych łbów na czele z nowoczesnym Hołownią, wszystko wiedzącym  Tomaszem Lisem oraz pozostałymi kompanami debatuje mieszając w to tzw. opinię publiczną. Dyskusje - owszem -  są potrzebne, ale tylko mądre i takie z których coś wynika.

    A co do skupiania sie na problemach samych w sobie... No cóż, z jednymi radzimy sobie lepiej, a inne zwalczamy nieco dłużej. Gdy jadę autem z Gdańska do Zakopanego i po drodze złapię kapcia, to załatwiam problem, zmieniam oponę, pobrudzę ręce, ale cel pozostaje nadal ten sam - dojechać do zakopca. Jeśli wchodząc na Rysy po drodze połamię nogi, to przechodzę długą rehabilitację, ale cel mam nadal ten sam - wejść kiedyś na Rysy. Gdy przy kolejnym  podejściu załamie  się pogoda i wracam do schroniska, to czekam przejaśnienia, ale cel wciąż jest ten sam. 

     Głęboko wierzę, że kiedy osiągnę moje prywatne rysy życia wiecznego, na moim grobie tlić się będą pamiętliwe świeczki, zamiast hulajweenowego tańca chochołów.

02:53, kania19791984 , Felieton
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 października 2009

     Człowiek, to jedyna na świecie istota, która sama siebie potrafi skrzywdzić. Wczoraj obiecywaliśmy sobie z Iwonką, że nareszcie odeśpimy w tej dodatkowej godzinie wszystkie niedospane zaległości, no i przyszła godzina 6 rano, a ja już tylko z lekką zazdrością mogę patrzeć na Iwonkę, która bez problemu wywiązuje się z obietncy. No a ja... cóż, dłonie na klawiaturze łaptopa, w słuchawce Robert Kasprzycki a w głowie póki co, sam jeszcze nie wiem co.

      Z całą pewnością możemy powiedzieć, że powróciliśmy do korzeni z których wyrośliśmy - czyli do oazy. Odkąd przyjechaliśmy do londka, szukaliśmy konktaktu z tą wspólnotą, lecz ciągle na próżno. Nie chcieliśmy też angażować się w spotkania młodzieżowe, bo to  już nie ten czas. Szukaliśmy kontaktu z rodzinami.  I całkiem niedawno, zupełnie nieoczekiwanie, kiedy wszedłem na stronkę jednej z tutejszych polskich parafii natknąłęm się na ogłoszenie o spotkaniach domowego kościoła. A potem potoczyło się samo, szybki email, do ksiedza, tel. do pary prowadzącej, i w ten oto sposób jesteśmy już po pierwszym spotkaniu, i pierwszym dniu wspólnoty, który był wczoraj. 

     Wszystko to jest bardzo świeże. W tym mieście wiele projektów zdążyło już upaść, zanim na dobre rozpoczęły się, dlatego z lekkim dystansem podchodzimy do tego wszystkiego. Na hurraoptymizm jeszcze przyjdzie czas, ale już podświadomie czujemy, że to jest to, czego szukaliśmy. Wczoraj, podczas dnia wspólnoty, z racji nieobecności ekipy grającej, jak za dawnych lat chwyciłem za gitarę, Iwonka za prowadzenie  śpiewu, a podczas tradycyjnej oazowej modlitwy porannej, gdy doszliśmy do Pieśni Zachariasza, jakoś tak cieplej zrobiło się nam na sercach. Przypomnieliśmy sobie dawne czasy w naszym podkieleckim Dębnie, w Szlachtowej i Krościenku, wszystkie te osoby, z którymi razem wzrastaliśmy we wspólnocie, te poranki kiedy nie chciało się wstawać na jutrznie, a Pieśń Zachariasza znało się na pamięć, jeden dżem na kilkadziesiąt kanapek w Grodzisku, oazowe drinki, czyli czarna herbata lub coś mocniejszego - zrobiona z dwóch torebek i te wszystkie śpiewy, pogodne wieczory, spotkania, wyprawy po raz kolejny w te same góry - wtedy chodzić się nie chciało, dziś wiele bym dał, aby przejść się jeszcze raz po tamtych  szlakach w Pieninach. Wszystkie te wspomnienia spisywałem w swoim oazowym zeszycie, który leży teraz zakurzony w jakimś piwnicznym pudle. Jak przyjedziemy znów do Kielc, trzeba będzie go nieco odkurzyć.

     No i jeszcze nasz osobisty, najważniejszy owoc, który zerwaliśmy z tej wspólnoty, to cała historia naszego poznania, chodzenia ze sobą, narzeczeństwa, i wreszcie małżeństwa. To, że dziś szybkimi krokami zbliżamy się do 5 rocznicy naszego małżeństwa, i 10 rocznicy bycia ze sobą, i fakt, że do tej pory się nie pozabijaliśmy w tym wszystkim, a nad naszym gniewem nie zachodzi słońce, też jest z pewnością konkretnym owocem i wielką łaską. 

     Mógłbym pisać więcej przykładów, i pewnie z czasem nie raz jeszcze coś w tym temacie napiszę. Póki co, cieszymy się, że ta nasza oazowa historia, nie skończyła się i po prawie pięciu latach znów możemy być na tej drodze. Tylko, że nie ma już tych słynnych oazowo-wielkanocnych pobudek o 6 rano, kartek z planem dnia które wieszało się na ścianach, nasze Dębno jest o parę tysięcy kilkometrów dalej niż było, i nawet herbata smakuje dziś dużo gorzej, od tej naszej starej oazowej. Czasy się zmieniają, ludzie też, my sie z pewnością się zmieniliśmy a jak to się dalej potoczy myślę, że czas pokaże.

    Tymczasem planujemy pierwsze weekendowe rekolekcje rodzinno-małżeńskie, jeszcze w tym roku. Na razie szukamy ośrodka, gdzie moglibyśmy się spotkać, najlepiej w okolicy londka. No i cóż, jak to zawsze w takich sytuacjach sie mawia, wszystko w rękach Boga, dlatego  "starych" oazowiczów, którzy czasem do nas zaglądają, choć nie tylko Was zresztą,  prosimy o modlitewny szturm do nieba w intencji Ruchu Światło-Życie tu na wyspach.  Znów w londku dzieje się dobro, i oby tak już zostało na wieki wieków amen.

      Radośno-jesiennie pozdrawiam wraz ze śpiącą jeszcze żonką. Pogoda ładna, więc pewnie niemal cały dzień spedzimy w parku, a potem, tydzień wolnego u Iwonki, ale o tym następnym razem.

08:33, kania19791984 , Nasze życie
Link Komentarze (11) »
piątek, 16 października 2009

      Znów noc zastała mnie na pisaniu. Iwonka już dawno zasnęła, ja niby też, ale jakoś tak przebudziłem się i tyle z dzisiejszego spania będzie. Ale bez obaw, to nie żadna przypadłość, raczej jedyny czas kiedy jest cisza wokoło, mniej samochodów przed oknem, ciemno w ogródku za domem i jedyna chwila kiedy człowiek jest najbliżej siebie samego. A tak.

      Ciekawa myśl w sumie. Noc, kiedy nikt nie patrzy jest najprawdziwszą chwilą kiedy możemy zrzucić wszystkie nasze dzienne maski. No bo przed kim teraz udawać, bo chyba nie przed sobą samym. Chociaż pewnie i tak się nie raz czasem zdarza.  No i przy okazji znalazłem całkiem niezły sposób na bezsenność. Co wieczór przed snem rachunek sumienia. Zdać raport przed samym sobą z minionego dnia. Pocieszyć się z tego co dobre, pomyśleć o tym co się zawaliło. W tym właśnie  momencie rozpoczynamy powoli ziewać i budzimy się rano z myślą, że znów nie zrobiliśmy rachunku sumienia. Zanim jednak wypróbuję tę metodę, to jeszcze trochę postukam w klawiaturę. 

     Kolejny tydzień powoli dobiega końca, co będzie w weekend jeszcze nie wiemy, coś tam na pewo będzie. Tymczasem wyjaśniło się kilka spraw codziennych. Iwonka oficjalnie dostała awans i została w swojej szkole koordynatorką ds. religii. Co do obowiązków  to wszystko się powoli krystalizuje. Uczyć będzie nadal, tyle że dojdzie jej kolejna praca związana z nadzorowaniem religijno-szkolnych spraw. Zanim złożyła aplikację, modliliśmy się o rozeznanie, że jeśli to stanowisko ma być nam przeszkodą, bądz zabrać jeszcze więcej i tak małego naszego małżeńskiego czasu, to tego nie chcemy. No i skończyło się tak, jak się skończyło :)  Kolejne zwycięstwo zaliczone, teraz zaczyna się walka o to aby utrzymać się na podium (Nie mylić z trzymaniem sie stołka - jak działacze PZPN) :)

      Teraz gdy już jest po wszystkim, mogę zdradzić, że miałem trochę obaw o nieuczciwą konkurencję, bo razem z Iwonką aplikację na to stanowisko złożył również inny nauczyciel, który jest gejem i ortodoxem (pierwszy raz słyszę o takim wyznaniu) No i obawiałem się, że katolicka szkoła, w myśl poprawności "polytycznej" powierzy to stanowisko właśnie jemu. Tym większa radość, że się myliłem. Wróciła mi też nadzieja, że jeszcze nie wszystko na tym świecie jest "spoprawnione". Ale mimo wszystko rozumiem trochę Cejrowskiego, który niedawno powiedział w jakimś wywiadzie, że powoli pakuje manatki i wyprowadza się do świata, gdzie tej poprawności jeszcze nie ma. Też byśmy tak czasem chcieli. 

      Kolejną sprawą, którą odłożyliśmy do lutego przyszłego roku jest Iwonki prawo jazdy. Wtedy żonka bedzie miała kolejny tydzień wolny i można będzie na spokojnie uczyć sie jezdzić. A do tego czasu, jeszcze bardziej podszkolić testy.  A tymczasem pod koniec pazdziernika Iwonka rozpoczyna pierwszy tygodniowy urlop po wakacjach. Będziemy mieć więcej czasu na rozejrzenie się za własnym lokum. Niby do marca mamy czas, aby podjąć ostateczną decyzję, ale może uda się wszystko wcześniej pozałatwiać. Pojawiła się też kolejna opcja, żeby wynająć nieco większe mieszkanko, już bez podnajmowania innym osobom, zanim kupimy własne. Mimo, że mieszka nam się tu dobrze, to jednak coraz bardziej ciasno. Tak więc to są nasze plany na ostatni tydzień pazdziernika, aby to wszystko jakoś ogarnąć i pozałatwiać.

     A z tych przyjemniejszych spraw, to przed nami kolejna muzyczna uczta duchowa. Kilka dni temu zakupiliśmy bilety na koncert Petera White i powoli doczekać sie już nie możemy.  Nawiązaliśmy też kontakt z kręgiem domowego kościoła, byliśmy już na jednym spotkaniu. Jest to młody rozwijający się krąg rodzin i małżeństw, bardzo fajnych ludzi. Szukaliśmy takiej wspólnoty już od dawna, no i w końcu znalezliśmy. Przed nami teraz dzień wspólnoty w sobotę 24tego, tak więc jeśli czyta nas ktoś przebywający aktualnie w UK, to zapraszamy :) No i zobaczymy jak to się wszystko rozwinie. Oby pomyślnie.

No dobrze, tyle na dziś. Znów się rozpisałem, jeszcze wyjdzie na to, że żonka za dnia nie dopuszcza mnie do głosu, to wyżywam się na blogu :)

     A na zakończenie muzyczka. Peter White - November. Polecam słuchać o 03.09 w nocy. Albo w innym czasie kiedy jest zupełna cisza.

http://www.youtube.com/watch?v=iYx8WG5rOfI 

Tyle na dziś. Idę zasnąć nad rachunkiem sumienia.

03:09, kania19791984 , Nasze życie
Link Komentarze (1) »
środa, 07 października 2009

     W minioną sobotę odwiedziliśmy słynne miasteczko Warwick. Początkowo mieliśmy jechać na nasze klify, tym razem nie na rajd, ale na piknik. Koc, mięsiwo, napitki, termos oraz mały przenośny grill - wszystko było przygotowane i niestety pogoda popsuła plany. Tak więc przy porannej sobotniej kawce wymyślaliśmy na szybko gdzie by tu uciec z londka choć na jeden dzień. Wybór padł na położone niecałe 2h od Londynu miasteczko Warwick.  Od mniej więcej roku planowaliśmy tam się wybrać i jakoś tak się nie składało, no i tym razem w końcu się udało.

 

 

     Miasteczko miłe i sympatyczne, choć jak dla nas zbyt mało naszych ulubionych i klimatycznych uliczek.  No, ale w końcu nie było tak zle. Tradycyjnie już w takich wyjazdach chodzi nam przede wszystkim o to, aby zmienić otoczenie, uciec na trochę z londka i pod tym względem było jak najbardziej w sam raz. 

 

     Przy miasteczku stoi stary zamek, tak więc skoro już tam byliśmy, nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności zwiedzenia go od środka. A w środku oprócz tych wszystkich królewskich komnat i obrazów, były poustawiane przerózne postacie z dawnych czasów z królem Henrykiem na czele - tym co tak niezle namieszał z kościołem :) Wszystko to okrojone było "rycerską" muzyką, tak więc wrażenia pozostały, do tego stopnia, że nabraliśmy ochotę na obejrzenie kilku filmów o dawnej Anglii. 

     Przeszliśmy się spacerkiem po królewskim parku, po czym wróciliśmy do miasteczka napoić się urokiem klimatycznych uliczek, których mimo wszystko było tak niewiele. 

     Póznym wieczorkiem wróciliśmy  z powrotem do domu jak zawsze nieco wymęczeni. A mówiono nam, że podróżowanie to odpoczynek :) No chyba, że psychiczny -  to jak najbardziej tak.

    A wieczorem z braku angielskich rycerskich filmów w naszej kolekcji, zabraliśmy się za westerny. Na początek obejrzeliśmy Pale Rider z Clintem Eastwoodem, dziś pewnie zobaczymy Unforgiven, a potem to już klasyka, czyli 7wspaniałych, Rio Bravo i W samo południe :)

I to tyle na dziś. Resztę dopiszę za kilka dni :)

     

20:28, kania19791984 , Wyprawy
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 października 2009

     Co nowego u nas -  ano jak zawsze coś tam się dzieje. Powoli kończy się tydzień, jeszcze tylko piątek i wolny weekend. Planujemy uciec nad morze w sobotę na nasze klify jeśli tylko pogoda      dopisze. Iwonka zapracowana, a niedługo być może dojdą jej kolejne obowiązki, gdyż dyrektorka zaproponowała jej stanowisko koordynatora ds. religii. Jest to wyróżnienie ale i dodatkowo ciężka praca. W przyszłym tygodniu powinno się wszystko wyjaśnić, bo jeszcze jedna osoba złożyła aplikację. Długo się zastanawialiśmy nad tym, czy Iwonka powinna brać na siebie dodatkowe obowiązki. Jest to równoznaczne z większą pensją, ale kosztem wolnego czasu. Na dzień dzisiejszy podjęliśmy decyzję, że bedzie się o to starać -  z wielu powodów, m.in. dlatego, że to jest awans i nowa sytuacja, która z pewnością poszerzy horyzonty, a jeśli stwierdzimy za jakiś czas, że to ponad siły, zawsze można zrezygnować. Ważne, aby się nie poddawać na starcie i nie uciekać od nowych sytuacji.  Niebawem wszystko się wyjaśni i jeśli dane Jej będzie objąć to stanowisko, to tak się stanie, jeśli nie, pozostanie duma, że się nie stchórzyło. Czyli wygrywamy podwójnie :)

     Poza tym Iwonka dzielnie uczy się testów na prawo jazdy, i powoli szukamy dobrego instruktora co by zacząć już jazdy. Jak dobrze pójdzie, to jeszcze przed świętami Iwonka będzie miała prawko, tak więc kto może niech ostro dopinguje. Ja na samą myśl jestem pod lekkim napięciem, że żonka będzie jeżdzić :)

     U mnie jak zawsze wszystko na spokojnie i pomalutku, powoli przygotowujemy się do andrzejek, kończymy naszą stronkę wodzirejską i myślę, że niebawem ujrzy ona światło dzienne. W zeszły piątek z kolei wybrałem się w okolice lotniska Heathrow z moim wiernym Canonem, na fotosesję. Moim celem było znalezienie odpowiedniego miejsca skąd najlepiej jest pofocić lądujące maszynki.

 

     Zrobiłem na próbę 333 zdjęcia, z czego zostawiłem ok. 20 :) Niebawem jadę tam znowu, tym razem już na taką konkretną sesję. Poza tym to jest niesamowite uczucie, kiedy największe samoloty świata lądując, przelatują zaledwie kilka metrów nad głową. 

     Kilka zdjęć możecie obejrzeć w dziale fotografia, który dzisiaj zaktualizowałem i pozamieniałem stare fotki na nowsze - kto ma ochotę, zapraszam do obejrzenia :)

     W Londku robi się teraz koncertowo i festiwalowo. Niebawem rozpoczyna się w polskim Jazz Cafe kolejny Wschodnioeuropejski festiwal Jazzowy, więc może być ciekawie. Osobiście jednak nie przepadamy za tym miejscem. Brak mu klimatu, a poza tym ludzie chyba nie dorośli do słuchania takiej muzyki. Byliśmy niedawno na koncercie Christine Tobin,  utalentowanej jazzmanki, i niestety ale gwar zagłuszył niemal całą muzykę. Totalny brak kultury. Mieliśmy wrażenie, że tylko niewielka część ludzi przyszła tam na jazz, reszta zaś tylko pogadać.  Kiedyś czytałem wywiad z pomysłodawcami tej polskiej Jazz Cafe, i mówili o tym, jak to chcą dorównać najlepszym londyńskim klubom jazzowym. Ambicje jak najbardziej dobre, i wcale nie trudne do zrealizowania. Wystarczy tylko zlikwidować ten bezczelnie peerelowski schemat i kolor farb, jakim były malowane polskie klatki schodowe w blokach, zrobić odpowiednie oświeltenie, zaangażować konferansjera, który zapowie zespół, oraz uprzejmie poprosi wszystkich o wyłączenie komórek i zaprzestanie rozmów. Jeśli to nastąpi, wtedy można będzie równać się z takimi potęgami jak 606 Club oraz Pizza Express Jazz Club na Soho. Mieliśmy przyjemność goscić w tych miejscach, i atmosfera oraz kultura są nie do pobicia. 

     No, tyle mojego narzekania na ten nasz klub. Na pocieszenie dodam, że niebawem do Londka zawita na kilka koncertów slynny gitarzysta jazzowy Peter White, oby tylko biletów nie zabrakło. Po nim następnie tradycyjnie już Acoustic Alchemy oraz być może Stacey Kent. Tak więc robi się nam koncertowo jesienną porą. Oby tylko czasu starczyło i funduszy, bo to nie tylko bilety chcemy kupić, ale też kilka płytek co by pózniej trafiły do naszej kolekcji z podpisami :)

     No a poza tym trwa teraz sezon na polskie filmy w Prince Charles Cinema, a z tych na który chcemy pójść to będzie Rejs, już za kilka dni. Tak to już jest, że czasem trzeba wyjechać za granicę, aby obejrzeć stare ulubione filmy na dużym ekranie :)

     I to w zasadzie tyle. Niedawno wróciliśmy do domu, teraz pare chwil relaksu z książkami, może porozmawiamy na jakis fajny temat w takt muzyki Stacey Kent, która niesamowicie nas uspokaja, zwłaszcza wieczorową porą, a do snu będziemy kończyc ogladać stary polski film "Nowy" :) Kończyć dlatego, bo zaczęliśmy go oglądać w poniedziałek wieczorem i tak go już męczymy. Nie dlatego że nudny. Ot, zwyczajnie przysypia nam się czasem :)

     Pozdrawiam, do następnego hej. A na zkończenie, coś co nas właśnie w tej chwili wycisza i uspokaja.

21:32, kania19791984 , Nasze życie
Link Komentarze (5) »
środa, 23 września 2009

     Pamiętam, było to w 2005 roku, niecały miesiąc po naszym przyjezdzie do Anglii, kiedy chodziliśmy jeszcze troche zagubieni po ulicach zupełnie innego dla nas świata, przeczytałem w jednej z darmowych polonijnych gazet, że w Londynie odbędzie się koncert - "Pasjans na Dwóch" Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau. Bardzo chcieliśmy iść, lecz z braku funduszy musieliśmy odpuścić. Wtedy też postanowiliśmy, że jeśli kiedykolwiek jeszcze przyjadą, to sobie odbijemy. Mijały miesiące, kolejne lata, powoli oswajaliśmy się z miastem i życiem tutaj. Zrozumieliśmy też, że nie warto tylko i wyłącznie zbierać grosz do grosza bo to wszystko marność. Zapragnęliśmy wreszcie normalnie żyć, a niemal całe to nasze życie spisaliśmy na tym właśnie blogu.

     W tym miesiącu mija  4 rok od kiedy mieszkamy w tym słynnym londku niezdroju. I na czwartą rocznicę naszego pobytu tutaj, przyjechali na koncert nie kto inny, jak właśnie Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau. 

    Do POSKu wpadliśmy niemal w ostatniej chwili. Usłyszeliśmy tylko ostatnie słowa organizatorki, pani Ewy Becli: Przed Państwem Czarodzieje z Krakowa, po czym zabrzmiały znajome krakowskie gitarowe dzwięki i jeszcze bliższy nam Turnauowski fortepian. 

      Artyści  od samego początku zabrali nas na "wędrówkę ciepłym krajem, malachitową łąką morza, gdzie przed fontannami perłowymi, noc winogrona gwiazd rozdaje". Następnie delektowaliśmy się w kilku krakowskich restauracjach i knajpkach, w których ciągle jeszcze czuć "Żal za Piotrem S." Odwiedziliśmy też wróżkę na "Piwnej 7" po to , by po chwili spacerować już ulicą Bracką, gdzie "Między ciszą a ciszą", czasem "Naprawdę nie dzieje sę nic".  Bracka, to jedyna taka ulica na świecie, na której moglibyśmy moknąć godzinami.

 

     Kto był w Krakowie, zna klimat starego miasta. My mieliśmy tylko jego namiastkę. Wszystkie utwory były przeplatane ciekawymi komentarzami z przeszłości, zabawnymi dialogami  a także wspomnieniami o Marku Grechucie i innych wielkich artystach.

     Tradycyjnie już, jak po każdym mniejszym koncercie na którym byliśmy, staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kolejnej płyty do kolekcji z podpisami artystów, która od soboty nieprzerwanie króluje w naszym odtwarzaczu. Im częsciej jej słuchamy, tym bardziej rozumiemy apel muzyków, aby nie przenosić stolicy do Krakowa. Racja, niech już lepiej pozostanie tam gdzie jest.  

     A tymczasem po prawie dwugodzinnym pobycie w Krakowie, powróciliśmy znów do Londka, do spraw codziennych. Myli się ten, kto uważa poezję śpiewaną odrealnioną od życia, bujającą w obłokach i złudnych marzeniach. W końcu, wszyscy byliśmy gdzieś, kiedyś "wiele razy na łopatki rozłożeni w nieudanych pasjansach, z głębokimi impasami pogodzeni, w brydżach i preferansach".

    

01:28, kania19791984 , Muzyka
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19