...TAM I Z POWROTEM czyli nasze zycie między Anglią, Polską i resztą świata.
piątek, 06 stycznia 2012
Nowy 2012 rok nastal, a z nim troszke zmian. Jak wiekszosc czytelnikow zauwazyla, wpisy są coraz rzadsze i powiem od razu - inaczej nie będzie. Gdy zakladalem tego bloga w 2007r. chodzilo bardziej o to, aby miec lepszy kontakt z najblizszymi, wrzucic troszke zdjec, z czasem odkrylem, ze pisanie sprawia mi sporo frajdy tak wiec powstawaly teksty raz lepsze, raz nieco gorsze, a dziś... no wlasnie :) 
Powoli trzeba zamknac rozdzial pisania bloga. Glownym powodem jest oczywiscie brak czasu na pisanie, a takze fakt, ze w wiekszosci odbywalo by sie to nocną porą bądz kosztem mojej malzonki, z ktorą w tym czasie moglbym popijac pyszną lavazze z nowo zakupionego niedawno expresu do kawy :) 
Co do ambitniejszych nieco tekstow, to po prostu troche sie wypalilem i pora chyba odpoczac, no i wreszcie trzeba przyznac, ze w dobie dzisiejszych mediow i srodkow komunikacji w sieci, blog zwyczajnie przegrywa z facebook'iem. Co by nie mowic o tej platformie, jak na razie jest to swietne miejsce to dzielenia sie zdjeciami, krotkimi przemysleniami, ciekawymi linkami itd, (ilez to ciekawej muzyki znalazlem tylko dlatego, ze ktos cos wrzucil kiedys na "fejsa") i co najwazniejsze - mozna dotrzec do duzo wiekszego grona. 
I to by bylo na tyle w sumie. Trzeba wiedziec kiedy ze sceny zejsc i zwyczajnie konczy sie pewien w zyciu rozdzial pisania. A tak to juz jest, ze gdy zamyka sie jedna furtke to przy okazji otwiera sie kilka innych, tak wiec kto wie, zobaczymy co nam przyniesie ten rok. Dziękujemy wszystkim, ktorzy nas tu wiernie podczytywali ale mysle, ze juz wystarczy :)  
A wszystkich ktorzy chcą dalej miec z nami kontakt wirtualny zapraszamy  na facebook - zapewniam, nie taki diabel straszny :) 

mozna rowniez odwiedzic i polubic moją stronke wodzirejską:

oraz wycieczkową:


A tymczasem blog będzie sobie jeszcze troszkę istnial do czasu az sie nieco przykurzy, az pewnego dnia zwyczajnie zniknie ze sceny. Ale niektore teksty sobie zachowam na pamiątke co by sobie przypomniec czasem ten pięcioletni okres pisania :) 

Pozdrawiamy :)


poniedziałek, 14 listopada 2011
Koncert, a w zasadzie spotkanie z Tomkiem Kamińskim, które odbyło się w minioną niedzielę z pewnością zaliczymy do takich, co na długo pozostaną w pamięci. Muzyk, którego wielokrotnie słyszeliśmy na koncertach w Polsce przyjechał do Londynu solo, a dokładniej z żoną Basią i ich przyjaciółką Justyną, która z kolei przyjechała odwiedzic swojego, tutaj pracującego męża. Zaczęło się już w piątek, kiedy to póznym wieczorem ruszyłem na lotnisko Stansted aby odebrac wesołą trójkę i już podczas jazdy powrotnej przekonałem się, że to są prawdziwie wartościowi ludzie, pełni pogody ducha i fajnej naturalnej radości i to właśnie sprawiło, że Tomek podczas niedzielnego spotkania zjednał sobie wszystkich swoją osobowością. Koncert odbył się w sali pod kościołem, miałem przyjemnośc uroczyście rozpocząc i zapowiedziec co i jak, a potem odbyło się niesamowite muzyczne spotkanie, przeplatane dialogiem z ludzmi, którzy wypełnili całą salę po brzegi. 
Przez godzinę żyliśmy  w świecie autorskiej piosenki Tomka Kamińskiego a jego płyty które w czasie koncertu sprzedawaliśmy z Iwonką rozchodziły się błyskawicznie. Dziś, gdy emocje już opadły wystarczy powiedziec tylko tyle - więcej takich koncertów, więcej takich spotkań.  
To był bardzo dobry czas, sobotnie wieczorne spotkanie w pubie z Tomkiem i Basią i ciepłe rozmowy do których dołączyli jeszcze zaprzyjaznieni z nami Kinga i Michał oraz ks.Krzysztof, pózno wieczorna wizyta na Tower Bridge i niedzielna Eucharystia a po niej  spotkanie naszego kręgu Domowego Kościoła przeplatane przygotowaniami do koncertu, instalowaniem sprzętu i oświetlenia oraz wieczorny radośnie klimatyczny koncert i cały ten czas jaki spędziliśmy w tym wspaniałym gronie. 
Dziękujemy wszystkim, z którymi spotkaliśmy się w ten weekend i zamieniliśmy choc parę słów, ks.Krzysztofowi za to, że jako jedyny w Londynie zadzwonił do Tomka i dograł szczegóły, Łukaszowi za nieocenioną pomoc przy sprzęcie oraz Tomkowi i Basi Kamińskim za ich obecnośc i czas jaki razem spędziliśmy a Justynie, która z nimi przyjechała za modlitwę i wytwornego szampana oraz pyszne, białe winko jakie dostaliśmy dziś rano tuż przed odjazdem na lotnisko, które właśnie sobie sączymy :) 
A na koniec cóż powiedziec, sukces niedzielnego koncertu motywuje nas do organizacji kolejnych. Są pomysły i plany, duch niespokojny wyrywa się do działania a co więcej to myślę, że niebawem się okaże. Bogu niech będą DZWIĘKI! 









22:24, kania19791984 , Muzyka
Link Komentarze (9) »
piątek, 21 października 2011
Piękną jesień mamy tego roku. Ciepło jak na tę porę a drzewa pięknie ozłocone. Skłoniło nas to, do odkrycia kolejnego miejsca na naszej podróżniczej mapie, które odwiedziliśmy w ciągu ostatniego miesiąca już trzy razy, niedaleko zaledwie godzinka drogi od nas. No ale nie o nim będę pisac. Dziś będzie wspomnienie z wakacyjnego pobytu w przepięknej krainie Devonshire. Może komuś przyda się opis tej wycieczki i wybierze się w ten urokliwy zakątek Anglii.
Wyjechaliśmy w sobotę o piątej rano od nas i ok. dziesiątej zawitaliśmy do uroczego miasteczka Clovelly. Opisu nie będzie, gdyż można wszystko poczytac tu: http://www.clovelly.co.uk/
ale wrzucę za to kilka zdjęc :)  
Zaczęliśmy od ulepienia w pewnej klimatycznej pracowni kaganków na świeczki:





Następnie ruszyliśmy uliczką w dół, w stronę morza





i po nadmorskim obiedzie ruszyliśmy znów na górę i powędrowaliśmy laskiem do jednego z wielu punktów widokowych



a po powrocie ruszyliśmy w dalszą trasę zobaczyc Hartland Point



Tam zastał nas wieczór więc skierowaliśmy się do pobliskiego miasteczka Bideford, gdzie mieliśmy wcześniej wykupiony nocleg. 
Rano po śniadaniu i szybkim zwiedzeniu miasta z okien samochodu ruszyliśmy  w stronę Dartmoor National Park i po godzinie zawitaliśmy do Chagford. Tam wspinaliśmy się na pobliską górę poprzez zarośla i chaszcze sięgające naszych głów. W pewnym momencie nawet zastanawialiśmy się czy nie zawrócic, no ale szczyt był coraz bliżej, a na nim...







Dla takich widoków warto było trochę się pomęczyc :) 
Gdy już nacieczyliśmy oczy konikami zeszliśmy w dół do auta i ruszyliśmy w głąb parku, aby zobaczyc to, po co tu tak naprawdę przyjechaliśmy, czyli prawdziwe angielskie wrzosowiska. No i oczywiście nie zawiedliśmy się :)











Z pewnością jest to park, do którego powrócimy jeszcze nie raz. Cisza, spokój, bardzo mało ludzi i całkiem sporo fajnych, dziwacznych zwierzątek :)
Opuszczaliśmy to miejsce przy akompaniamencie zachodzącego słońca i ruszyliśmy do portowego miasteczka Torquay - miejsca w którym żyła i tworzyła swoje kryminały Agatha Christie, której Iwonka jest wierną fanką.  
Po krótkiej nocy spędzonej w bardzo przyjemnym B&B ruszyliśmy na zwiedzanie miasta, które... nie zachwyciło. 



Ot, zwykła nadmorska mieścina, pełna turystów i nieco przereklamowana, dlatego też postanowiliśmy ruszyc jeszcze dalej i po godzinnej jezdzie znalezlismy się na przepięknej wysepce Burgh Island, w miejscu gdzie powstał jeden z kryminałów a nawet kręcony był jakiś odcinek w roli głównej z Herkulesem Płaro czy jak to się tam pisze :) 







I po trzy godzinnym pobycie w jednym z końców Anglii powoli ruszaliśmy w drogę powrotną, jadąc wzdłóż parku Dartmoor, który machał nam wrzosowiskami na pożegnanie. W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeden nieplanowany przystanek, zjechaliśmy nieco z trasy do Exeter które słynie z przepięknej katedry, a poniewaz było już po 19stej, więc udało się ją zobaczyc tylko z zewnątrz, po czym ruszyliśmy w stronę Londka.



I tak oto spędziliśmy trzy piękne dni w Devon, krainie do której znowu nas ciągnie i mamy nadzieję, że za jakiś czas zawitamy tam znowu. 





 Przywiezliśmy troszkę pamiątek, oprócz zdjęc i wspomnianych, własnoręcznie zrobionych świeczników zakupiliśmy replikę starej mapy tej krainy, która niebawem zawiśnie na naszej ścianie otoczona fotografiami z tej wyprawy. 
To by było na tyle. Jeśli ktoś, po przeczytaniu tego lekko przydługiego opisu zechce odwiedzic tę krainę, to my szczerze i gorąco polecamy, i cóż dodac więcej... pozdrowienia dla wszystkich  włóczykijów :) 
A przy okazji, użytkowników facebook'a zapraszam na naszą podróżniczą stronkę: 
Można tam znalezc sporo propozycji wycieczek w piękniejszą stronę Anglii.   I oczywiście na koniec muzyczka. Niedawne odkrycie, ale jakże udane: Leeland z utworem "The Great Awakening", naprawdę warto posłuchac 


02:21, kania19791984 , Wyprawy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 października 2011
Całkiem niedawno mieliśmy okazję zobaczyc w angielskim kinie Bitwę Warszawską - film, na który czekaliśmy z niecierpliwością od czasu kiedy dowiedzieliśmy się o jego powstawaniu. Hostoria Polski jest nam szczególnie bliska i zawsze byliśmy zwolennikami pomysłów, aby przenieśc ją na ekran. Nietrudno się domyślic, że wiązaliśmy z tym dziełem ogromne nadzieje, w końcu po raz pierwszy w życiu ktoś postanowił nakręcic jedną z największych polskich wiktorii od czasów zwycięstwa króla Sobieskiego pod Wiedniem. No właśnie, wiązaliśmy nadzieje... Z każdą kolejną minutą wciskało nas w fotel, bynajmniej nie z emocji - co z nudy. Nuda z czasem przerodzila się w złośc a ta w wielki zawód. No ale może po kolei. 
Pierwsze pół godziny to jeden wielki kabaretowy śpiew, przeplatany z takim sobie wątkiem miłosnym. W między czasie Polacy ruszyli na Kijów ot tak po prostu, parę razy dostali łupnia z zaskoczenia aż w końcu w trakcie kabaretu jakiś aktor wpadł na salę i oznajmił zwycięstwo. I tu jest pierwszy zgrzyt. Gdzie tryumf, wiktoria, wojskowa radośc? Nie ma. Są za to piosenki, kabaret i... wątek miłosny. 
W między czasie, pośród różnych scen (miłosnych rzecz jasna) okazało się, że bolszewicy weszli do Polski i ogłaszana jest mobilizacja. Z histori wiemy, że dzicz ze wschodu była przerażająca. W filmie pokazana jest dośc delikatnie, ale jest nieco bardziej drażniący szczegół. Bolszewicy pokazani są jako świetnie zorganizowana armia, głównie złożona z prostych chłopów, która potrafi uderzyc nagle i znienacka, a nasi to równiez chłopi tylko... dużo gorsi. Co chwila dostają łupnia a w wolnych chwilach kłócą się o pierdoły. Wymyślone wątki ze zdradą polskiego oficera, pojmaniem i karą śmierci, a potem uwolnieniem go przez atak Rosjan są dośc... dziwne, brak im logicznego wyjaśnienia. Sceny walk są zrobione z rozmachem, niestety bardzo często nie wiadomo co to za bitwa i gdzie w danej chwili się odbywa.
No i teraz do sedna. Z niecierpliwością i bardzo znudzeni rozwijającą się akcją czekaliśmy na to wielkie polskie zwycięstwo. W końcu jest akcja, wielka bitwa gdzie nasi znów dostają ostro łupnia ale nagle jak z pod ziemi wyrasta ksiądz Ignacy Skorupka, który wcześniej pałętał się między żołnierzami w filmie, idzie sam z krzyżem a za nim żołnierze po czym pada martwy. I tyle na temat tego bohaterskiego księdza. Nasi jednak ostro napierają i jest wreszcie konkretna scena kiedy to bolszewicy uciekają przed naszymi - uciekają, nasi ścigają i... nagle przenosimy się do spokojnego, cichego lasku a w nim grzecznie na konikach jedzie sobie Naczelny Wódz Piłsudski z wiernym adiutantem majorem Wieniawą i sami się sobie nadziwic nie mogą, że tę bitwę wygrali. A gdzie zwycięstwo? Gdzie wiktoria? Gdzie radośc ze zwycięstwa i tryumfalny wjazd polskich żołnierzy do stolicy? .........bez komentarza..........  
Pora na wnioski. Film, który miał byc wielką polską wiktorią nie zachwycił i nie pomogło nawet to, że realizowany był w 3D. Czego zabrakło? Bohaterstwa i tryumfu. Zbyt rozbudowane kabaretowe sceny przeplatane wątkiem miłosnym można było zastąpic rozbudowanym wątkiem bohaterskim jakiegoś oficera, bądz kogoś, z kogo moglibyśmy byc dumni w podświadomości dodając - chciałbym byc tak odważny jak on. Zabrakło męskich dialogów w których strach przeplata się z szaleńczą odwagą. Słabo rozbudowany wątek generała Józefa Hallera. Jedna scena w której Piłsudski wydaje mu rozkaz to zdecydowanie za mało jak na człowieka dowodzącego wojskami na froncie. Pokazano natomiast mordercze plany Lenina i jego zamiar podbicia Europy i na tle tych planów tym bardziej niezrozumiała wydaje się jedna z ostatnich scen, kiedy to zrzuca ze stołu mapę i stwierdza nad wyraz spokojnie - jakby się nic nie stało - że trzeba będzie wprowadzic komunizm gdzie indziej. Na tym tle można było rozbudowac wątki strategiczne Piłsudskiego, których było w filmie zbyt mało, pokazac sztab, oficerów...
I wreszcie zabrakło najważniejszego: wielkiego narodowego tryumfalizmu i ogromnej radości ze zwycięstwa. Chociażby takiej jak w Ogniem i Mieczem u kozaków, którzy świętowali rozbicie polskich wojsk pod Korsuniem a Chmielnicki przejeżdzal pośród swych dzielnych żołnierzy wznosząc dumny okrzyk "Sława bracia kozaki, sława!"
Byc moze kogoś zniechęciłem do obejrzenia tego filmu, jednak trudno mi pisac inaczej. Osobiście uważam, że jeśli kiedykolwiek miała nadejśc chwila ekranizacji największego polskiego bohaterstwa wojennego, to właśnie to był ten moment i niestety został zmarnowany. Lepszej okazji już nie będzie. W czasach, kiedy mówi się o polskich obozach, o tym jak okradaliśmy żydów i o polskich kolaborantach, powinniśmy tworzyc filmy świadczące o narodowej dumie i bohaterstwie. Bardzo brakuje mi w polskim kinie takich filmów jak chocby "Szeregowiec Ryan" "Cienka Czerwona Linia" czy "Byliśmy Żołnierzami". Dopóki nie doczekam się takich ekranizacji zawsze będę potępiał pokazywanie polskich zdrajców, dobrych Niemców i tragedii żydów jako jedynej  w filmach o II Wojnie Światowej.  Chociaż z drugiej strony... może to ja mam zbyt wysokie mniemanie o Polakach? Czy mogę wymagac, aby w innych krajach przestali kłamliwie pisac o polskich obozach, skoro w naszych mediach popularniejsze są książki Grossa od chociażby "Chłopców Barabasza", albo przepięknych wojennych historii cioci Marysi Michalczyk spisanych szczegółowo w trzech książkach? Trudno też aby ktoś nakręcił film o naszym bohaterstwie, skoro za przykład mamy tchórzliwą postawę wobec Rosji naszego prezydenta Bronisława Komorowskiego, oddającego hołd morderczej dziczy bolszewickiej pod Ossowem. 
Końca wpisu nie będzie, pozostawiam go w nadziei, że może kiedyś, gdzieś ktoś nakręci typowo polski, bohaterski film o... :)
00:04, kania19791984 , Felieton
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 września 2011
Dawno już nie było wpisu muzycznego, więc pora nadrobic zaległości. O tym, że lubimy bywac w Pizza Express Jazz Club na Soho pisaliśmy już wielokrotnie, teraz możemy tylko stale to potwierdzac - jest to jeden z czołowych klubów jazzowych w Londynie i kto jeszcze nie był, warto aby się tam wybrał chociaż raz. 
Pierwszy koncert o którym chcę napisac nie był jednak taki dobry jak to zazwyczaj bywało. Odbył się pod koniec czerwca i  można o nim powiedziec tylko tyle, że był. Jeremy Kahn Quintet zapowiadał się bardzo obiecująco a ponieważ mieliśmy w tym czasie gości z Polski, więc  koncert ten był wpisany w kalendarz ich pobytu. Muzyka bardzo dobra, momentami świetna. Brakowało jednak charyzmatycznego lidera. Nie wystarczy zagrac trochę pięknych dzwięków, trzeba jeszcze umiec to przekazac. Muzycy bardzo nie zgrani, nie wiedzieli kiedy zaczac, rzucali po sobie dziwne spojrzenia i co najgorsze nie potrafili stworzyc odpowiedniej atmosfery. Brakowało przebojowości Acoustic Alchemy, luzu scenicznego Petera White, uśmiechu Jaareda czy improwizacji Davida Koz'a. Gdyby nie fakt, że byliśmy w bardzo fajnym towarzystwie pewnie zaliczylibyśmy ten koncert do najgorszych jakie ten klub ma w swojej ofercie. I to tyle w tym temacie. Co innego jednak było wczoraj... :)
Na początku tygodnia rzucił mi się w oczy facebookowy konkurs, na ktorym ten wlasnie klub jazzowy ogłaszał, ze do wygrania są dwa bilety - gwiazda wieczoru Bryan Baker. Wystarczyło podpisac się na zdjęciu i wziązc udział w losowaniu. Tak też zrobiliśmy i... zapomnieliśmy o tym. A w środę dostaliśmy telefon od Dominiki, że wygraliśmy i że oni z Szymonem również wzięli udział i także ich wylosowano :) No wiec spotkaliśmy się wieczorkiem w klubie i... miło się rozczarowaliśmy. 
 Nastawialiśmy sie na taką sobie muzykę zwlaszcza, że obejrzeliśmy wcześniej nagranie z tym muzykiem i nie zachwyciło nas. A na koncercie... no właśnie :) Było wszystko to, czego zawsze oczekiwalismy od tego miejsca. Muzycy wiedzieli po co są na scenie, mocne gitarowe brzmienia w połączeniu z jazzowo-bluesowym basem i perkusją sprawiły, że daliśmy sie poniesc tej muzyce. Trudno było ją zaszufladkowac tylko do jazzu gdyż wymieszali kilka gatunków i stylów a całośc wyglądała rewelacyjnie. I ta atmosfera klubowa... długo można by pisac. Jakże miła odmiana po wcześniejszym koncercie i tym większa niespodzianka, że muzyka która rzekomo miała się nam niepodobac była rewelacyjna. W połączeniu z dobrą ekipą z którą spędziliśmy ten wieczór śmiało można napisac, że był to jeden z lepszych koncertów na jakich dotąd byliśmy. 
Teraz z niecierpliwością czekamy na kolejne muzyczne uczty i okazja nadarza się już w pazdzierniku bo przyjezdza Peter White. Może znów będą rozdawac bilety za friko :)
A na koniec oczywiscie muzyczka i Bryan Baker. Nie udało mi się znalezc filmiku z naszego jazz clubu ale ten, który publikuję jest bardzo fajny i pokazuje ogromne umiejętności tego gitarzysty.

18:35, kania19791984 , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 września 2011
Zaległości z ostatniego miesiąca narobiło się sporo, więc pora to wszystko poukładac chronologicznie. Dziś będzie wpis z kategorii tych przyjemniejszych, czyli o wakacjach. Plany były ambitne ale w między czasie musielismy je zweryfikowac. Gdy szukaliśmy pod koniec czerwca wakacji last minute gdziekolwiek byle było ciepło dostaliśmy od firmy, która jest właścicielem naszego mieszkania wiadomośc, ze zostało ono wreszcie wystawione na sprzedaz i my mamy prawo pierwokupu. Tak też był nasz cel, gdy wprowadzaliśmy się tutaj ponad 1.5 roku temu - pomieszkac, zobaczyc jaka jest okolica, ludzie itp i jesli bedzie ok. to kupic. No i nadarzyła się okazja wobec tego plany wakacyjne odeszły w kąt a my zajęliśmy się sprawą kupna. Na chwilę obecną załatwiamy formalności i wszystko jest na dobrej drodze. Mamy tylko cichą nadzieję, że nic się nie wydarzy po drodze nieprzewidzianego. 
Plany wakacyjne odeszły w kąt, ale to nie znaczy, że cały czas siedzieliśmy w domu. Pod koniec lipca mieliśmy gości z Polski - Olgę i Mariusza z którymi pojedziliśmy troszkę po Anglii, byliśmy na koncercie jazzowym i spędziliśmy bardzo fajny tydzien. Takich gości moglibyśmy miec częsciej. W kilka dni po ich powrocie do Polski dostaliśmy od nich dwie paczki z naszą ulubioną kawą z "Pożegnania z Afryką" oraz z magazynami Runners, co by mi się dobrze biegało i zrzucało kilogramy :) Juz dawno tak się nie ucieszyliśmy z takich prezentów. 














W między czasie był rajd po klifach na który wybraliśmy się tylko z żonką 





a tydzien pożniej już nieco większą ekipą pojechaliśmy znów na klify podziwiac pokazy lotnicze w Eastbourne.  








Druga połowa sierpnia zleciały pod znakiem pracy i wodzirejki a Iwonka zajmowała sie dogladaniem naszego ogniska domowego a swoją obecnością, stylem urządzania oraz pomysłami stworzyła po raz kolejny dom do którego bardzo fajnie jest wracac po pracy.  No i aby jej to wynagrodzic w ostatni dłuższy weekend sierpnia ruszyliśmy na długo oczekiwaną wyprawę do Devonshire - przepięknej angielskiej krainy pełnej wrzosowisk i dzikich koni. Ale to już temat na kolejny wpis :) 
Do następnego
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Dziś króciutko bo zaraz muszę uciekac. Bardzo ważny dzień i rocznica o której pamiętac powinniśmy zawsze przekazując ją kolejnym pokoleniom. W Muzeum Powstania Warszawskiego byliśmy w zeszłym roku i gdyby nie to, że doba ma tak mało godzin pewnie siedzielibyśmy tam dłużej. Polecamy gorąco do odwiedzenia i przeżycia osobiście tego miejsca  http://www.1944.pl/. Nic więcej nie będę pisał, tam po prostu trzeba pojechac, zetknąc duszę i serce z tym miejscem i zwyczajnie objąc je pamięcią. 
Tymczasem kończę słuchac audycji powstańczej w Radiu Wnet http://www.radiownet.pl/ i uciekam do swoich zajęc. Dziś wieczorem żegnamy gości z Polski, którzy gościli u nas przez ostatni tydzien i szkoda, że już muszą jechac bo bez nich zrobi się u nas pusto. Relacja z ostatnich dni niebawem.

I oczywiście muzyka. Dziś polecam Sabaton, zaspół o którym można by długo pisac ale jeszcze lepiej jest posłuchac. 

Pozdrawiam i życzę dobrego, powstańczego dnia!




poniedziałek, 18 lipca 2011
Narobiło sie troszkę zaległości, ale postaram się to jakoś chronologicznie poukładac. Zacznę może od tego, że ostatnio stuknęła nam okrągła szósteczka, czyli 6 lat naszego małżeństwa. Nawet nie zauważyliśmy kiedy to wszystko zleciało no i jest  w nas wiele radości i satysfakcji, że udało nam się już tyle wytrwac. I oby ta liczba ciągle rosła. W dzień naszego swięta udaliśmy sie z naszą zaprzyjażnioną paczką znajomych do Duxford na pokazy lotnicze Flying Legends, a tam spotkaliśmy kolejną zaprzyjaznioną paczkę :) I tak nam to świętowanie zleciało, nieco inaczej niż zwykle ale bardzo fajnie. Za rok jednak wymyślimy coś bardziej romantycznego :)  













Tymczasem życie toczy się swoim torem i mamy nadzieję, że Dobry Bóg będzie dalej błogosławił nam i wszystkim naszym bliskim, którzy są obecni w naszych sercach ot tak, bez powodu - po prostu są, co jest dla nas bardzo ważne. Ksiadz Marek Reczek, którego odwiedziliśmy tzw. przypadkiem przy okazji kręcenia reportażu powiedział nam parę miłych "małżeńskich" słów a my w duchu cieszymy się, że są na świecie tacy Duszpasterze jak On. 
A propo reportażu, jak już częśc facebookowych znajomych wie, został on ukończony i znamy już datę emisji pierwszego odcinka. W najbliższy czwartek o godzinie 17:30, powtórka 30min po północy i o 8:20 następnego dnia - licząc angielskim czasem wszystko o godzinkę wcześniej. Zapraszamy do oglądania na żywo, a jak ktoś nie ma telewizora jak chocby my to można obejrzec poprzez http://www.tv-trwam.pl/. Miło nam będzie poczytac Wasze komentarze i uwagi co z pewnością pomoże nam na przyszłosc gdy będziemy kręcic następne filmy.  A oto troszke zdjec z ostatnich dni kręcenia.













I to by było na tyle. Wakacji jeszcze nie czujemy, ale Iwonka za niecały tydzien rozpoczyna wreszcie urlop do konca sierpnia więc pewnie niebawem je poczujemy. W ostatni tydzien lipca mamy gości z Polski i kilka fajnych planow co by dobrze ten czas spędzic, no a potem... kto wie, może coś się jeszcze wydarzy :) 
Pozdrawiamy
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25